arena

Ian Thorpe: Sport jak narkotyk

thorpe3.jpg

"Time to say goobye" – każdy wielki sportowiec zna ten piękny utwór Andrei Bocellego. Przychodzi taki moment, że mistrzowie muszą powiedzieć kibicom: "Do widzenia"...

 

Muszą to również powiedzieć sobie. Wielu z nich nie potrafi się jednak z pogodzić z nową sytuacją. Lata treningów, życia w określonym reżimie, zawody, mecze, nieustanna walka, sprawiają, że nie wiedzą, co nagle robić z wolnym czasem. Sport jest dla nich jak narkotyk. Ale czasem warto zanucić sobie coś innego: "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, niepokonanym".

 

Niedawno po piłkarskie buty sięgnął Paul Scholes, choć zarzekał się, że już nigdy nie zagra. Ale nie on pierwszy tak postąpił. Wcześniej wracali dużo więksi od niego. Michael Jordan, Kim Clijsters, Zinedine Zidane, czy George Foreman to najlepsze przykłady. Zresztą, chyba najwięcej powrotów w sporcie dotyczy właśnie boksu. Pamiętacie ile to razy w filmie Rocky tytułowy bohater mówił sobie, że to ostatnia walka?

 

To było jak bajka

Kiedy Thierry Henry strzelił gola dla Arsenalu w pucharowym starciu z Leeds, dla wielu kibiców Kanonierów było to jak bajka, spełnienie najskrytszych marzeń. Młodsi fani tego klubu, którzy nie mieli okazji oglądać popisów wielkiego piłkarza w czasach jego występów w zespole z Highbury, mogli wreszcie poczuć na żywo to, co ich ojcowie przeżywali kilka lat wcześniej. Henry nie skończył jednak kariery, wciąż gra w piłkę w Nowym Jorku, choć niektórzy uważają, że gra w MLS to właśnie piłkarska emerytura.

Prawdziwym emerytem był natomiast Paul Scholes. Anglik, który strzelił kiedyś Polsce trzy gole na Wembley (jednego ręką), niespodziewanie ponownie założył koszulkę Manchesteru United. Kibice Czerwonych Diabłów zastanawiają się, czy to będzie Scholes, jakiego znali przez latasprytny, nieprzewidywalny? A może taki, jak ten z końcówki karierymało wyrazisty?

Paul Scholes, lat 38, uzależniony od adrenaliny. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni. Z całym szacunkiem dla legendarnego piłkarza United, przed nim dużo więksi sportowcy na świecie decydowali się na spektakularne powroty. Niektórzy byli nawet starsi niż rudowłosy pomocnik. Czasem naprawdę było warto. A czasem - wstyd.

 

Jak to dobrze, że wrócił

Ten, kto żył w czasach ery Michaela Jordana i jego triumfów z Chicago Bulls może czuć się zaszczycony. Przez wielu uznawany za najlepszego koszykarza w dziejach ludzkości, bez wątpienia jeden z najwybitniejszych sportowców w historii. Wracał dwa razy, a przed rokiem gruchnęła wieść: wróci po raz trzeci! Nie wrócił.

We wrześniu 2009 roku powiedział: - Pewnego dnia zobaczycie mnie jako grającego pięćdziesięciolatka. Nie śmiejcie się. Nigdy nie mów nigdy.

Właśnie to zdanie, a także fakt, iż Jordan, właściciel klubu Charlotte Bobcats pojawił się na treningu ze swoimi zawodnikami, sprawiły, że rozgorzała dyskusja. Czy wróci? Czy sobie poradzi?

Pierwszy raz skończył w 1993 roku. Dla świata to był szok. NBA bez Jordana? Wolne żarty. To nie to samo! To jak, nie przymierzając "Klan" bez Ryśka. Jak "M jak Miłość" bez Hanki Mostowiak. Nie do wyobrażenia!

Ale Jordan nie chciał dłużej grać, odchodził w świetle jupiterów, w szczycie – jak się wtedy wydawało kariery. Odchodził zdruzgotany po tragicznej śmierci ojca, Jamesa, zamordowanego przez dwóch nastolatków. Tata chciał, żeby Michael został gwiazdą baseballa. No to Jordan postanowił pośmiertnie wypełnić wolę ojca – zmienił dyscyplinę. Miał pieniądze, sławę, luz psychiczny i ochotę, by pograć w coś innego. Nie radził sobie jednak tak dobrze. Koszykówka, nie baseball, była jego przeznaczeniem. Musiał się poddać, ale jako że sam stwierdził kiedyś "zawsze próbuj obrócić negatywną sytuację w pozytywną", podążył za własnymi myślami. Wrócił na parkiet, wiedząc, że czekają na to ludzie z całego świata. I dobrze, że tak się stało.

Nie był wylewny, chciał przemówić na parkiecie. Komunikat był bardzo krótki: "Wracam". Minęło półtora roku, ale Air Jordan nie zapomniał, jak się rzuca i jak się wygrywa. Dla Chicago Bulls ponownie nadeszły dni chwały, a Jordan powiedział: "stop", dopiero mając na koncie sześć tytułów mistrzowskich i sześć tytułów MVP finałów NBA.

W styczniu 1999 roku kibice Byków znów opłakiwali wielką stratę. Z zespołem żegnał się legendarny trener Phil Jackson, a Scottie Pippen i Dennis Rodman szykowali się do zmiany barw. Jordan zostawił cień nadziei fanom koszykówki z całego świata. – Na 99,99 procent jestem pewien, że nie wrócę – powiedział.

Nie wytrzymał. Praca członka zarządu w drużynie Washington Wizards to nie było jego powołanie. Czuł się na siłach, by grać i jeszcze w 2001 roku założył koszulkę z numerem 23. "Czarodzieje" – to pasowało do niego nawet bardziej niż "Byki".

W kwietniu 2003 roku zagrał po raz ostatni. W hali w Filadelfii ludzi bili mu brawo na stojąco, koledzy z drużyny i rywale również. Z Wizards nie osiągnął sukcesów, ale potrzebował gry, jak narkotyku. Za rok skończy 50 lat.

 

Dziadek znów w ringu

Bokserzy z najwyższej półki często miewają długie przerwy pomiędzy jedną walką o pas mistrzowski a kolejną. Dlatego ich powroty tak nie szokują. Wracał Muhammad Ali, w 1974 roku po trzyletnim rozbracie z ringiem obronił tytuł mistrzowski w Zairze. Pokonał wówczas George'a Foremana, który przestał walczyć już wkrótce – w 1977 roku. Jego fani musieli czekać aż dekadę, by zobaczyć bijącego się ponownie Foremana. Miał wtedy 38 lat. I tak odchodził, wracał, odchodził, by wreszcie zostać najstarszym mistrzem świata wagi ciężkiej – w wieku 45 lat. Walczył przez kolejne cztery lata.

Ileż to razy my, Polacy, ekscytowaliśmy się powrotami Andrzeja Gołoty. Nikt tak nie rozgrzewa publiczności, jak stary, dobry idol sprzed lat. To nic, że już nie taki szybki, że nie trafia tak mocno, jak kiedyś.

 

Trochę normalnego życia

Po wizycie w Warszawie, w 2007 roku, słynna belgijska tenisistka potwierdziła plotki, które od jakiegoś czasu pojawiały się w świecie sportu. Koniec kariery. Czwarta wówczas tenisistka w rankingu WTA miała dość podróży, treningów, meczów. Chciała mieć czas na ślub, podróż poślubną, dziecko – normalne życie. W swojej wspaniałej karierze pokonała wiele rywalek, ale z własną naturą nie da się czasem wygrać.

Clijsters wróciła w 2009 roku. I od razu wzięła się do roboty. Awansowała do US Open, a pytana o cel odpowiadała jedynie: - Chcę znów poczuć atmosferę Wielkiego Szlema.

Wygrała cały turniej, wprawiając wszystkich w osłupienie, wszak startowała z dziką kartą. Zaskoczyła nawet samą siebie. Cóż, pewnych rzeczy się nie zapomina.

 

Na ratunek Francji

Nie byłoby słynnej egzekucji publicznej na Marco Materazzim w finale mistrzostw świata w Niemczech, gdyby Zinedine Zidane wytrzymał w postanowieniu odejścia na piłkarską emeryturę. Wielki gwiazdor Trójkolorowych zrezygnował z występów w kadrze po Euro 2004, gdzie Francuzi odpadli w ćwierćfinale z późniejszymi mistrzami Europy, Grekami.

Nie tylko "Zizou" odszedł z drużyny starych mistrzów. Wraz z nim pożegnało się kilku innych weteranów – Lilian Thuram, Bixente Lizarazu, Marcel Desailly i Claude Makelele. Jednak trzech z nich – właśnie Zidane, Makelele i Thuram, wróciło kiedy ojczyzna była w potrzebie.

Drużyna Raymonda Domenecha znalazła się w trudnej sytuacji podczas eliminacji mistrzostw świata i selekcjoner wezwał na ratunek doświadczonych piłkarzy. Francja nie dość, że awansowała do turnieju, to na niemieckich boiskach doszła do finału, gdzie zmierzyła się z Włochami. W tym właśnie spotkaniu Materazzi sprowokował noszącego kapitańską opaskę Zidane'a i Francuz uderzył go "z byka" – było to jedno z najbardziej kontrowersyjnych wydarzeń w historii mundiali.

Zidane zapowiedział, że prędzej umrze niż przeprosi rywala. Został zawieszony przez FIFA, ale to już nie miało znaczenia, bo tym razem skończył karierę na dobre.

Zidane, czy wspomniany wcześniej Scholes to nie jedyne przykłady spektakularnych powrotów piłkarzy. Ciekawa jest również historia Marca Overmarsa. Holender zakończył karierę w 2004 roku i wrócił na stare śmieci, do swojego klubu Go Ahead Eagles, ale już jako dyrektor techniczny. Jego kolega z boiska Jaap Stam organizował cztery lata później (!) swój mecz pożegnalny, a Overmars, niegdyś błyskotliwy skrzydłowy, przypomniał całej Holandii o swoich wielkich umiejętnościach. Sam zainteresowany stwierdził, że czuje się na siłach, by pograć jeszcze jeden sezon. Nie żałował. – Tu zaczynałem i tutaj skończyłem, to piękne uczucie – podsumował.

 

Wypaleni za młodu

Genialny pływak, 5-krotny mistrz olimpijski z Australii, 28-letni dziś Ian Thorpe na igrzyskach w Londynie będzie chciał stawić czoła Michaelowi Phelpsowi, ale był taki czas, kiedy odechciało mu się pływać. – Czuję się dobrze fizycznie, z moją psychika też wszystko w porządku. Odchodzę, ale cieszmy się, bo każda okazja do świętowania jest dobra, nie ma się co smucić, w końcu miałem niezłą karierę. Tak, jestem zbyt młody na to, by kończyć ze sportem, to nie jest odpowiedni czas. Ale to jest mój czas – stwierdził, ogłaszając zasmuconym kibicom, sam mając łzy wzruszenia w oczach, że kończy karierę. Miał wówczas 24 lata.

11-krotny mistrz świata chorował na mononukleozę, ale nie to było przyczyną rezygnacji z dalszych występów. Thorpe doszedł bowiem do pełnej sprawności. Niektórzy twierdzili, że zwyczajnie się wypalił – zwłaszcza, że w pewnym momencie nie widział kolejnych celów, wygrywał przecież z każdym, kiedy chciał i jak chciał. Niesamowicie ambitny chłopak. Żartował kiedyś, że jednym z jego wielkich marzeń było zagranie Jamesa Bonda. Na razie te plany musi odłożyć.

 

Przykład Thorpe'a w świecie pływackim może tak mocno nie szokuje jeśli przypomnimy sobie emeryturę Marka Spitza. Ten geniusz, który w wieku 22 lat zdobył siedem złotych medali olimpijskich w Monachium, przy okazji na każdym dystansie bijąc rekord świata, miał początkowo brać udział w sześciu wyścigach. Obawiał się, że na 100 metrów stylem dowolnym nie zdobędzie złota…

- Wiem, że przed każdym wyścigiem mówię: nie chcę płynąć. Ale tym razem to jest na poważnie. Jeśli popłynąłbym w sześciu finałach i wygrał sześć, byłbym bohaterem. Jeśli jednak płynę w siedmiu i wygrywam sześć – jest to porażka – wyznał przed ostatnim startem.

Nasycony zwycięstwami, rekordami, medalami i sławą Spitz zakończył karierę. Po dwudziestu latach postanowił ją wznowić. Chciał powalczyć o awans do zespołu USA, który wystartuje na igrzyskach w Barcelonie, w 1992 roku, ale pływanie to nie boks – wiek ma jednak dużo większe znaczenie. Do kwalifikacji olimpijskiej zabrakło mu dwóch sekund… To wbrew pozorom – sporo, a w wyczynowym sporcie trudno starzeć się tak pięknie, jak Monica Bellucci.

 

Tak daleko do szczytu

Adrenalina, jaka towarzyszy szybkiej jeździe bolidem F1 przyciągnęła Michaela Schumachera do ponownego powalczenia o miano najszybszego kierowcy świata. Legendarny niemiecki mistrz Formuły 1 zapragnął sławy, szampana i podium. Jednak nie jest to takie proste.

42-latek wrócił do F1 w 2010 roku, po czterech latach przerwy. – Wciąż nie udało mi się spełnić własnych oczekiwań – stwierdził w jednym z wywiadów udzielonych pod koniec minionego roku.

7-krotny mistrz Formuły 1 zrezygnował w 2006 roku. Trzy lata później wrócił jako zastępca dla kontuzjowanego Felipe Massy z Ferrari. Później podpisał kontrakt z Mercedesem, ale nie idzie mu tak dobrze, jak kiedyś. Nie odniósł ani jednego zwycięstwa, co nie przytrafiło mu się od debiutanckiego sezonu, w 1991 roku. To nie ten sam kierowca, który przed ośmioma laty wygrał 13 wyścigów – do dziś jest to rekord. – Wróciłem tylko po to, żeby znów być na szczycie. Wiem, jak smakuje zwycięstwo i to jedyny smak, jaki chce czuć – mówi, nie zrażając się dotychczasowymi startami w drugim sportowym życiu.

 

Drugie życie

I na koniec kilka odrębnych przypadków – powroty po kontuzjach, chorobach, czy wypadkach. Nie zawsze bowiem sportowcy chcą rezygnować. Czasem muszą. I długo walczyć o powrót. Przekonał się o tym Niki Lauda, kierowca Formuły 1, który, tak jak dziś Polak Robert Kubica, długo dochodził do pełni sił po bardzo groźnym wypadku. Lauda ledwie uszedł z życiem podczas Grand Prix Niemiec w 1976 roku. Złamania, poparzenia, uszkodzenia płuc – wydawało się, że to niemożliwe, by austriacki kierowca przeżył. Tymczasem Lauda walczył o powrót do zdrowia i wkrótce znów był najlepszy na świecie, i to dwukrotnie – w 1977 i 1984 roku.

Z kolei Mario Lemieux, słynny kanadyjski hokeista dwa razy kończył karierę. Za pierwszym razem przyszło mu to z wielkim trudem. Chłop jak dąb, zdrowy i silny, zachorował nagle na ziarnicę złośliwą. Musiał poddać się chemioterapii, ale już po kilkudziesięciu dniach wrócił na lodowisko. Po czterech latach objawy znów się nasiliły, Lemieux nie był w stanie grać. Powrót do pełni sił zajął mu trzy lata. Za to jego come back był niesamowity – poprowadził reprezentację Kanady do olimpijskiego złota.

Lance Armstrong – jego historię znacie pewnie wszyscy. Diagnoza: rak jąder. A potem wielki powrót i zwycięstwa w najtrudniejszym wyścigu kolarskim – Tour de France.

Kiedy polski obrońca Anderlechtu Bruksela Marcin Wasilewski doznał złamania nogi w meczu ze Standardem Liege, niektórzy zastanawiali się, czy Wasyl będzie mógł normalnie chodzić. Dzięki katorżniczej pracy i silnemu charakterowi Marcin nie tylko wrócił do piłki, ale także do podstawowego składu Anderlechtu i do polskiej kadry. Ma spore szanse na znalezienie się w drużynie Franciszka Smudy na Euro 2012. Wasilewskiemu się udało, teraz czekamy na Kubicę.


Przemysław Rudzki (autor jest dziennikarzem Faktu i komentatorem Canal+ Sport)

Źródło: Sport Onet




Dodaj komentarz
Usuń odpowiedź

Skomentuj pierwszy!